Polubić dzieci

oswajanie.jpg Maluchy są nieprzewidywalne i trudno "sterowalne". Bywa, że my - dorośli, czujemy się źle, zostawieni sam na sam z dzieciakiem, któremu "nie wiadomo, co strzeli do głowy". W takiej sytuacji w pewnym sensie sami chcielibyśmy być dzieckiem, dzielić jego beztroskę a jednocześnie nie ponosić odpowiedzialności. Tak się niestety nie da. Każda poważniejsza psota uświadamia dorosłemu konsekwencje ewentualnej nieodpowiedzialności. Fakt, że być może nie zostaliśmy wychowani do odpowiedzialności za młodszych, utrudnia nam podejmowanie opieki nad nimi. Problem polega na tym, że nie jesteśmy pewni samych siebie, swoich emocji. Nie polegamy w pełni na swoich dobrych uczuciach i nie do końca panujemy nad złymi.

Poznanie siebie i praca nad sobą ma szczególne znaczenie w kontekście własnych dzieci. Wychowanie przyszłego pokolenia jest jednym z najtrudniejszych zadań w życiu człowieka, bo jego punktem wyjścia jest ciągłe wychowywanie siebie.

Młodzi ludzie wychodząc za mąż bądź żeniąc się, decydują się na zobowiązania. Jednym z nich jest przyjęcie i wychowanie dzieci. Potomstwo to zobowiązanie tak dużej wagi, że mowa o nim w przysiędze małżeńskiej, składanej podczas udzielania sakramentu małżeństwa.

Można przyjąć założenie, że nowożeńcy przystępując do sakramentu, są na tyle dojrzali emocjonalnie, żeby w przyszłości stać się podporą dla swoich dzieci. W praktyce okazuje się, że sprawa nie wygląda tak prosto, jak się na początku wydawało. Uświadomienie własnych niedociągnięć emocjonalnych, jest mocnym argumentem za uchylaniem się od ról rodzicielskich. Idzie on w parze z, modną wśród młodych ludzi, postawą wyrażającą się w sentencji: "podwójny dochód, żadnych dzieci!". Proponuje się wspólne życie (notabene niekoniecznie małżeńskie) bez dodatkowych zobowiązań.

Potrzeba "nacieszenia się sobą" młodych małżonków wydaje się być zrozumiała i tłumaczy wstępną powściągliwość, co do planów rozwojowych rodziny. Decyzja o dzieciach przychodzi często z wiekiem. Ci małżonkowie, którzy są otwarci na nowe życie, podejmują się cudownego, ale i trudnego zadania bycia rodzicem. Jednak planowanie dzieci a ich wychowanie, to dwie różne sprawy. Obie wymagają wielkoduszności. Podjęcie ról rodzicielskich zobowiązuje do ciągłego nabywania umiejętności wychowawczych. Dziecko rośnie, rozwija się, zmienia się z wiekiem. Ciągle pojawiają się nowe problemy, którym nie zawsze potrafimy podołać. Ci, którzy kochają swoje dzieci, dochodzą do wniosku, że warto podjąć walkę o wychowanie.

Kiedy już odpowiemy sobie na pytanie o to, czy w ogóle warto mieć dzieci, pojawia się inna ważka kwestia: ile dzieci? Słowem - kluczem staje się często spotykane sformułowanie: "jakość życia". To tak, jakby ktoś wchodząc do księgarni, przy wyborze książki kierował się głównie jej jakością: drukiem na papierze kredowym, wyszukanymi ilustracjami, twardą, mocną i złoconą okładką itp. Po wejściu do sklepu zadawałby pytanie: gdzie są półki z książkami bardzo dobrej jakości, mniej zwracając uwagę na treść lub obiektywną wartość kupowanej książki (obiektywna wartość: bardziej wartościowa będzie książka naukowa lub popularnonaukowa, cenna literacko, etycznie niż zwykła beletrystyka). Oczywiście łatwo wkomponowuje się to w dzisiejszą mentalność: łatwiej jest porównywać jakość dwóch książek, niż ich treść lub obiektywną wartość.

Planowanie kolejnego dziecka jest często wynikiem potrzeby przekraczania siebie, która wyraża się w tego rodzaju hojności. Inna sprawa, że nie możemy dać innym czegoś, czego nie mamy (zwłaszcza, gdy chodzi o środki materialne). Nie możemy również stać się kimś, kim nie jesteśmy (nie każdy ma takie same możliwości fizyczne, intelektualne, czy emocjonalne, choć nad niektórymi z nich można pracować). Niektóre matki zawsze marzyły o tym, żeby mieć liczne potomstwo. Jednym się to udało zrealizować, innym z różnych przyczyń - nie. Są też mężczyźni lub kobiety, którzy nie czują się najlepiej z gromadką rozwrzeszczanych maluchów "na głowie". To też trzeba wziąć pod uwagę, niezależnie od tego, czy jest to wynik ich słabej wytrzymałości emocjonalnej, czy zwykłego niezorganizowania. Może jest to kwestia zwykłej powolności, czy innych cech charakteru, które powodują, że dana osoba lepiej czuje się w innych rolach. Tutaj nasuwa się na myśl pewien kawał:

"Kolega w biurze mówi do drugiego:
- Kiedy wychodzisz z pracy?
- O dwudziestej, bo wtedy żona już wykąpie i położy dzieci. A ty?
Na to drugi: - Ja o dwudziestej trzydzieści, bo żona jeszcze wyprowadzi psa." :)))

Trzeba zawsze starać się odróżnić to, co da się zmienić od tego, na co nie jesteśmy w stanie wpłynąć. Na pewno warto pracować nad własnym charakterem. Będzie to korzyść nie tylko dla nas, ale i dla innych, w szczególności dla naszych dzieci, które biorą z nas przykład.

Pewna matka stwierdziła do męża, że nie dojrzała emocjonalnie do większej liczby dzieci, niż mają w tej chwili. Okazało się, że był to słaby argument przeciw planowaniu kolejnego potomka. Odpowiedź była do przewidzenia: "Nikt nie jest dojrzały do poważnego wyzwania, dopóki nie podejmie się jego realizacji". Może, zamiast bronić się przed tym, co by było gdyby..., lepiej dziękować za to, co jest. Warto też starać się o to, żeby było lepiej niż jest, bo zawsze może być lepiej... W swojej wolności trzeba dać sobie odpowiedź na pytanie: "jakie wyzwania warto podjąć?". Jeżeli np. nie lubi się dzieci, choć jest się rodzicem, to nie ma sensu uciekać od nich. Większą korzyścią dla wszystkich zainteresowanych będzie próba zmiany siebie. Trzeba zacząć od pracy nad sobą i choćby: polubić dzieci, nawet jeśli będzie to codzienna heroiczna walka. Spontaniczny uśmiech jest czystą przyjemnością, ale uśmiech - mimo, że nie ma się na niego ochoty, jest prawdziwym wyzwaniem. Kiedy zdystansujemy się do naszych dorosłych problemów (większej i mniejszej wagi), łatwiej będzie nam odnaleźć wspólny język z dziećmi, które przecież są tak do nas podobne...

Autor: Renata

Strona główna