Koedukacja - powszechna nie znaczy bezdyskusyjna

Integrowanie dziewcząt i chłopców w szkole wynika z argumentów od dawna przyjętej praktyczności. Współcześni "dżentelmeni" od małego muszą "cierpieć" w szkole z powodu dziewczynek. Choćby dlatego, że temperatura w klasie wynosi 23 stopnie Celsjusza, żeby dziewczynki nie marzły. Mało kto wie, że chłopcom sprzyja niższa temperatura, żeby dobrze funkcjonowali, a nie - zasypiali (w końcu też mają się uczyć). Skoro czasem "zasypiają" ze znużenia i demotywacji ("...bo i tak dziewczyny są lepsze z polskiego"), to wolą siedzieć w ostatnich ławkach, a tam często nawet nie dosłyszą tego, co mówi pani nauczycielka (z jakiegoś powodu panowie - nauczyciele są rzadkimi okazami, choćby z tego względu cieszą się wielkim uznaniem wśród chłopców i dziewczynek). Tworząc osobne klasy lub szkoły, można by uniknąć wyżej wymienionych problemów technicznych i wielu innych, choćby emocjonalnych. W szkołach zróżnicowanych nie ma wycofywania się z dziedzin, w których dominuje płeć przeciwna, np. chłopcy mają równe szanse w nauce języków, a dziewczynki mogą być najlepsze z matematyki (co się rzadko zdarza w szkołach koedukacyjnych). Dzięki sukcesom wzrasta motywacja do dalszej pracy, przez co skuteczniej podnosi się poziom nauczania. Unika się również problemu rozproszenia podczas zajęć, związanego z koncentracją na walorach płci przeciwnej. Przyjaźń między dziewczętami wydaje się być bardziej spontaniczna w środowisku, gdzie nie ma "walki o chłopca", która często fałszuje relacje i stwarza atmosferę ukrytej rywalizacji. W szkołach koedukacyjnych priorytetem staje się wygląd zewnętrzny, zarówno w przypadku dziewcząt jak i chłopców. Często odbywa się to kosztem docenienia przymiotów intelektualnych. W okresie dorastania coraz silniejsza staje się presja środowiska, co do zachowań względem przeciwnej płci. Jest to niewątpliwie "temat - rzeka". Można by ciągnąć listę argumentów przeciwko koedukacji. Nie ulega wątpliwości, że istnieje wielu rodziców którym zależy na wychowaniu swoich dzieci do wolności, szacunku dla płci i bez presji. W obecnej sytuacji również wielu pedagogów ma "związane ręce". Chcieliby oni mieć większy wpływ na atmosferę, w jakiej wychowują się i "zdobywają wiedzę" przyszłe pokolenia.

W rodzinie koegzystencja obu płci obecna była od zawsze i jest czymś naturalnym. Jednak inaczej sprawa ma się z tematem edukacji. Kiedy wykształcenie było czymś unikalnym, zarezerwowanym dla arystokracji, nauczanie odbywało się indywidualnie. Nie istniał problem zróżnicowania. Wraz z postępem cywilizacyjnym nastąpiło upowszechnienie nauki, co pociągnęło konieczność stworzenia szkół. W szkołach prowadzonych przez zakony, kształcono osobno chłopców i dziewczynki. Koedukacja powstała jako sposób rozwiązania problemu analfabetyzmu w wioskach i małych miejscowościach. W Polsce upowszechniła się po II Wojnie Światowej. Rozwiązanie to okazało się skuteczne ze względu na swój podstawowy cel - likwidację analfabetyzmu. Miało sens szczególnie w wioskach i małych miasteczkach, gdzie było za mało dzieci, żeby organizować kilka klas i zatrudniać dodatkowych nauczycieli. Nikt wtedy nie zastanawiał się nad tym, jakie to przyniesie efekty uboczne. W Europie i Stanach Zjednoczonych koedukacja rozpowszechniona została w latach 60-tych, bardziej z powodów politycznych i ideologicznych niż w wyniku głębokiej analizy korzyści i strat wynikających z systemu wspólnej nauki obu płci. Dzisiaj, po latach stosowania tej metody pedagogicznej, coraz częściej dostrzega się wady ciągłego przebywania dziewcząt i chłopców razem, bez możliwości dystansu i docenienia walorów własnej płci. Okazuje się, że chociaż chłopcy lepiej rozumieją dziewczynki, to jednak zdecydowanie mniej je szanują, przebywając z nimi dzień w dzień: w domu (co jest jak najbardziej naturalne), na podwórku (gdzie nie mają obowiązku zabawy "z babami" i najczęściej wybierają własne towarzystwo) oraz w szkole (gdzie mają obowiązek integrować się podczas wspólnych zajęć w klasie). Z resztą, doświadczenia minionych lat potwierdzają, jak najbardziej naturalne, tworzenie grup nieformalnych zróżnicowanych płciowo wśród dzieci ze szkół podstawowych. U dzieci w wieku 9 - 12 lat obserwuje się naturalne i spontaniczne zjawisko izofilii - polegające na braku zainteresowania przeciwną płcią.

Powszechnie wydaje się, że osobne szkoły lub klasy dla dziewcząt i chłopców są skazane na porażkę. Potwierdzają to źle przygotowane eksperymenty, tworzenia żeńskich klas w niektórych liceach kilkadziesiąt lat temu. Dowodzą one faktu, że już wtedy dostrzeżono problem, tylko nie pogłębiono go i nie znaleziono odpowiednich rozwiązań. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do wspólnej nauki dziewcząt i chłopców w szkole, że wydaje się, że nie może być inaczej, mimo, że jest (!) Paradoksalnie w dyskusji o edukacji zróżnicowanej, nie zauważamy licznych przykładów szkół średnich i zawodowych, w których uczą się sami chłopcy, ze względu na specyfikę zawodu (np. szkoły mechaniczne, elektryczne, elektroniczne) lub przeważają dziewczęta (np. szkoły pielęgniarskie). Wiele o współczesnym sposobie postrzegania płci mówi stwierdzenie "miałbym chodzić do klasy samców?!". Jak widać pięćdziesiąt lat koedukacji owocuje sprowadzeniem mężczyzny do roli samca, tak jakby nie miał on innych cech ludzkich: intelektualnych, psychicznych, wolitywnych (związanych z panowaniem umysłu nad ciałem) czy duchowych.

Na podstawie:

*Publikacja pt. "O zróżnicowaniu edukacji ze względu na płeć" Warszawa, listopad 2004. dostępne na www.sternik.edu.pl

Autor: Renata

Strona główna