Kilka słów o "babskich spotkaniach"

Jest wiele miejsc, w których spotyka się prawie same kobiety, od biura zaczynając, a na podwórku kończąc. Niektóre zawody zostały zdominowane przez płeć piękną, np. grono pedagogiczne, szeregi urzędniczek i pracownic administracyjnych w przedsiębiorstwach. Również w środowisku prywatnym jest wiele obszarów działalności lub terminów, w których mężczyźni pojawiają się dużo rzadziej niż kobiety. Najlepszym tego przykładem jest podwórko. Najczęściej pojawiają się tu mamy ze swoimi pociechami lub opiekunki. Nie jest to środowisko całkiem sfeminizowane. Na placu zabaw można bowiem spotkać jakiegoś dziadka lub tatę na "elastycznym etacie". Niemniej jednak takie widoki w godzinach przedpołudniowych należą do rzadkości.

W tym, jak by nie było, jednolitym pod względem płci, otoczeniu matki starają się wyglądać jak najlepiej. Przecież porządna matka nie wychodzi na podwórko, z nieumytymi włosami i w wyciągniętej koszulce. Nie da się ukryć, że względy ludzkie, czyli, inaczej mówiąc, opinia, mają duże znaczenie motywacyjne do tego, żeby dobrze wyglądać. Trudno powiedzieć, że mamusie "stroją się" dla tych nielicznych facetów, którzy pojawią się (lub nie) na podwórku. Trudno również podejrzewać, że dbamy o siebie dla sąsiadki lub jej kilkuletniego synka, chociaż pośrednio może tak i jest. Jednak, gdyby tak głębiej się zastanowić, robimy to dla siebie, żeby się dobrze czuć, żeby ten czas "na służbie" dla dzieci przeżyć też jakoś sensownie i wrócić do domu z podreperowanym poczuciem własnej wartości. Bo chyba nikt nie zaprzeczy faktu, że gdy dobrze się czujemy wśród innych i mamy świadomość, że oni czuli się dobrze wśród nas (dzięki uśmiechowi, żartom i dobremu wizerunkowi), to mamy wrażenie, że zrobiłyśmy coś dobrego i wzrasta nasze poczucie własnej wartości.

Pozytywny wpływ zewnętrznego wizerunku jest nieoceniony w stosunkach służbowych (w pracy), ale i prywatnych, niezależnie od tego, czym on jest okupiony od wewnątrz. W pracy potrafimy "schować" nasze troski i narzekania na potem. W domu - nie zawsze... Pojawia się pytanie: kiedy ma być owo nieszczęsne "potem"? I: czy musi być specjalny czas i miejsce na "ponarzekanie"? Na podwórku, w gronie rodzinnym, u psychologa? W niektórych sytuacjach każde z tych rozwiązań jest dobre, jeżeli coś ma nas męczyć, to lepiej to z siebie wyrzucić, pod warunkiem, że inni nie mają nic przeciwko temu. Podobno kobiety tym różnią się od mężczyzn, że muszą rozmawiać o swoich (i cudzych) troskach i sama rozmowa stanowi często "rozwiązanie problemu", chodzi o "spuszczenie z siebie powietrza", rozładowanie napięć i stresów przez zwykłą rozmowę. Mężczyźni wolą "zamknąć się w swojej jaskini" ze swoimi problemami i przemyśleć konstruktywne rozwiązania. Trudno im przyjąć na siebie dodatkową masę problemów, podsuwaną przez "rozgadane" żony, witające w progu, czasem w "domowych mundurkach", które znacząco odbiegają od strojów koleżanek z pracy (przez co zwiększają dezaprobatę męża). Może lepiej, żeby żona "oczarowała go" swoim pięknym wyglądem (ubierając się tak, jak "do wyjścia") i... została, milcząca, uśmiechnięta i nastawiona na słuchanie, a nie mówienie albo (od czasu do czasu) po prostu wyszła na "babskie spotkanie", żeby się wygadać, zamiast irytować się wzajemnie z mężem, który wrócił zmęczony po pracy i "guzik go obchodzą" tuziny problemów żony, których i tak nie da się rozwiązać.

Niewątpliwe trudne jest to, że mężczyźni tak bardzo różnią się od nas kobiet. Tym bardziej jakoś musimy sobie z tym radzić. Po pierwsze powinnyśmy dążyć do inteligentnego i konstruktywnego dialogu z nimi. Pod warunkiem oczywiście, że i mężowie postarają się pójść na pewne kompromisy. Notabene, podobno w języku hiszpańskim obrączka to "anillo de compromiso". Skoro małżeństwo jest swego rodzaju kompromisem, należy wziąć pod uwagę komplementarność płci i zamiast popadać w skrajności (damskie i męskie), które powodują "iskrzące" konfrontacje, lepiej skoncentrować się na tym, co nas łączy i nastawić się wzajemnie pozytywnie.

Warto również docenić sfeminizowane zawody w sposób pozytywny i dbać o dobre stosunki z koleżankami nie z tego powodu, że łączy nas wspólny przeciwnik ("ci mężczyźni"), ale raczej podobieństwo i zrozumienie w zakresie cech tej samej płci oraz indywidualne "bogactwo" każdej z nas. Prywatnie można organizować spotkania i zawiązywać przyjaźnie lub po prostu korzystać z przygotowywanych przez inne kobiety konferencji (np. na temat mody czy prowadzenia domu) i innych działań kulturalnych i formacyjnych, które organizują różne stowarzyszenia, ruchy, fundacje lub instytucje. Można się o nich dowiedzieć "pocztą pantoflową" od koleżanek lub z innych godnych zaufania środowisk. Dla dobra mężczyzn i kobiet dobrze jest czasem spotkać się w gronie własnej płci. Zadziwiające jest, jak podobne są spostrzeżenia mężów, co do własnych żon. "Bo ona się czepia o sposób wieszania prania" lub: "dla niej 'już wychodzimy' znaczy 'za dwie godziny będę gotowa'". Równie ciekawie (i zabawnie :)) brzmią spostrzeżenia żon: "mógłby chociaż strzepnąć to pranie, żeby po wysuszeniu, nie trzeba było wszystkiego prasować" lub "on jak się zajmuje dzieckiem, to leży (!) na kanapie i potem się dziwi, że mu maluch wchodzi na głowę". Jak widać inne jest pojęcie wielu rzeczy z punktu widzenia mężczyzn i kobiet. Warto jest czasem spotkać się w "babskim" gronie i poczuć solidarność i zrozumienie. Również wielu mężczyzn lubi spotykać się w gronie własnych kolegów (nie koniecznie i nie zawsze przy piwie, choć i to nie wyklucza konstruktywnej atmosfery, pod warunkiem, że zachowuje się umiar). To bardzo dobrze "ładuje baterie".

Autor: Renata

Strona główna