Rodzina – moje życie

W grudniu 2000 roku będąc młodą małżonką i świeżą absolwentką, zaczęłam szukać pracy. Jako że poszukiwania te przeciągały się z miesiąca na miesiąc, zadawałam sobie pytanie, czy zamiast bezowocnie szukać pracy, nie lepiej byłoby pomyśleć o dziecku. Niedługo później okazało się, że wysyłanie ofert pracy wcale nie było takie bezowocne. Pan Bóg zechciał również szybko odpowiedzieć na moje pytanie o macierzyństwo.

Sprawy zaczęły rozstrzygać się niemalże równocześnie. W czerwcu 2001 dostałam dwie dobre propozycje pracy. Rozmowy kwalifikacyjne wypadły pomyślnie. W trakcie owego nagłego ożywienia kwestii pracy, okazało się również, że jestem przy nadziei. Pojawił się dylemat: zagrać w otwarte karty przed pracodawcami przyznając się do ciąży, czy skorzystać z prawa do dyskrecji. Po długim namyśle i rozmowie z mężem wybrałam pierwsze rozwiązanie i, choć miałam wielką ochotę chodzić co rano do pracy, rozwijać się zawodowo i zarabiać pieniądze, pozostałam w domu.

Martusia urodziła się 6 lutego 2002 roku. Zdecydowaliśmy się na poród rodzinny. Nasza pierwsza córeczka przychodziła na świat w obecności obojga rodziców. Choć tata nie dokonał „uroczystego” przecięcia pępowiny (uniemożliwiły to komplikacje podczas ostatniej fazy porodu), to jednak on pierwszy patrzył Martusi w oczy i mówił do niej pierwsze słowa w „kąciku noworodka” na bloku porodowym.

Nasza pierworodna córka była też pierwszym wnukiem zarówno dla moich rodziców, jak i dla rodziców męża. Przez pierwsze dwadzieścia miesięcy Martusia mieszkała wraz ze swoimi rodzicami, dziadkami i ciocią, w domu dziadków. Mieliśmy do dyspozycji bardzo mały, ale przytulny pokoik (trzeba przyznać, że podczas zabawy ukochana wnusia potrafiła „opanować” całe mieszkanie dziadków). Nad łóżeczkiem przykleiliśmy specjalną kolorową tapetę z domkami, która być może do tej pory zdobi ścianę za szafą. Martusia rosła i rozwijała się w pogodnym otoczeniu. Niezatartym śladem tego czasu są zdjęcia, które pstrykaliśmy aparatem „Zenit”. Teraz pewne miejsca na Biskupinie i Sępolnie (dzielnice Wrocławia) kojarzą nam się jednoznacznie, z wczesnym dzieciństwem Martusi, naszymi licznymi planami i marzeniami z tamtego czasu. Zawsze miło wspominamy alejkę przy ul. Dembowskiego. Była to trasa codziennych spacerów z kilkumiesięczną dziewczynką, intensywnie poznającą świat. Tam Martusia, stawiała pierwsze kroki, oglądała pierwsze w swoim życiu liście na drzewach, brała do rączek kwiatki, zbierała kamyczki i inne „skarby”.

Pod koniec października 2003 roku przeprowadziliśmy się do naszego własnego, długo wyczekiwanego mieszkanka, Marta miała wtedy prawie 21 miesięcy. Nigdy nie zapomnimy zachowania niespełna dwuletniej Martusi w pierwszą noc „na swoim”. Wymownymi gestami i nieporadnymi słowami dopytywała o mieszkanie dziadków: kiedy wreszcie wrócimy do domu.

Nasze mieszkanie składa się z dwóch pokoi. Jeden z nich to salonik z aneksem kuchennym, który w nocy zamienia się w sypialnię rodziców. W drugim pokoju urzędują nasze (już dwie) dziewczyny. Ważnym wydarzeniem dla Martusi było „oddanie” (wówczas do jej dyspozycji) tego drugiego pokoju. Przez pierwszy tydzień po wprowadzeniu był on jeszcze wykańczany. Kiedy więc Marta doczekała się tego „prezentu” aż piszczała z radości. Charakter pełen emocji został jej do dziś.

Kiedy na świat szykowała się nasza druga latorośl doszliśmy do wniosku, że przyda nam się profesjonalne przeszkolenie rodzicielskie. W styczniu 2005 roku rozpoczęliśmy udział w półrocznym kursie wychowawczym dla rodziców, z serii Akademia Familijna. Był to kurs pt. "Pierwsze kroki", dla rodziców dzieci od 0 do 3 lat. Wkrótce miały nastąpić nasze "pierwsze kroki" w wychowywaniu dwójki dzieci, co jest nie lada wyzwaniem.

Madzia urodziła się 21 stycznia (w Dzień Babci) 2005 roku. Podobnie jak przy Martusi, byliśmy przy niej oboje, kiedy przyszła na świat. Położna powiedziała wtedy: „Macie państwo śliczną maleńką córeczkę”. Ważyła 2350g. Była rzeczywiście maleńka. Szybko jednak nadrabiała zaległe gramy z okresu prenatalnego. Była noworodkiem z niską masą urodzeniową, który wymagał ciągłego ogrzewania. Dogrzewano ją elektryczną kwoką – klimatyzatorem, pod który była podwożona w szpitalnym wózeczku. Najbardziej potrzebowała jednak ciepła i bliskości mamy. Dlatego, od kiedy tylko było to możliwe, większość czasu spędzała przy piersi, otulona kocykami. Była dzieckiem maleńkim i cichuteńkim. Mało płakała, jak na noworodka. Jednak (jak stwierdziła jedna z lekarek neonatologów) miała silną motywację, żeby jeść, rosnąć i nabierać siły. Kiedy wychodziłyśmy ze szpitala, jako dwutygodniowy noworodek ważyła już prawie 3000g. Po kilku miesiącach nasza Magdusia wyglądała jak prawdziwy „pulpecik”. Nienaganny apetyt został jej do dziś. Może dlatego, mimo licznych przebytych chorób, rozwija się i wygląda bardzo dobrze.

Kiedy Madzia miała 3,5 lat, a Marta 6,5, na świat przyszedł ich braciszek - Szymek. Trzeci maluch wniósł do naszej rodziny nową jakość, zasilając szeregi mężczyzn. Odkąd pojawił się synek, tata pękał z dumy przed rodziną i znajomymi (jest to bowiem pierwszy, obok - już teraz - pięciu wnuczek, wnuk teściów). Mały Szymeczek, podobnie jak jego siostry, rósł jak na drożdżach, karmiony przez rok mlekiem mamy. Od kiedy zaczął chodzić, przekonujemy się, że chłopcy są bardziej żywiołowi niż dziewczynki. Chociaż siostry również skutecznie pomagają Szymowi roznosić świat.

To, co cechowało naszą rodzinę od początku (czyli przez ostatnie 10 lat), można określić jako ewangeliczny "duch ubóstwa". Wynikał on pośrednio z naszych wyborów. Przez te wszystkie lata nie przyszło nam do głowy, żeby kupić sobie rowery, zacząć szaleć na nartach czy profesjonalnie uprawiać turystykę górską. To wszystko wiązałoby się z kosztami, ale byłaby to dobra inwestycja w siebie. W zamian za to, z premedytacją zdecydowaliśmy się na trójkę dzieci, co też jest niewątpliwie dobrą inwestycją. I zaobserwowaliśmy ciekawą prawidłowość. Mimo ciągłych wyrzeczeń materialnych i osobistych (np. zarzucenie kariery zawodowej przez matkę) i, mimo chwil wyczerpania i znużenia liczną rodziną, obowiązkami etc... !Teraz jesteśmy osobami dużo bardziej szczęśliwymi niż 10 lat temu, kiedy byliśmy młodsi, wolni i cały świat stał przed nami otworem.

Kiedy porównujemy nasze zdjęcia, z przeszłości - tylko we dwoje i teraz - w piątkę, to widać wyraźnie, że jesteśmy "bogatsi", mimo świadomości coraz większych potrzeb i ograniczeń. Nasze szczęście polega na tym, że mamy okazję dojrzewać, wychodząc z naszego egoizmu i z naszych przywiązań na rzecz trzech małych, najbliższych nam ludzi.

Dokonaliśmy jeszcze jednego odkrycia. Widząc inne związki, małżeństwa, rodziny, dostrzegamy podobną prawidłowość. Ci ludzie, którzy decydują się na odpowiedzialne, chociaż trudne zadanie rodzicielstwa, zmieniają się pod wpływem dzieci. Mimo nieprzespanych nocy i różnych trudnych sytuacji, stają się szczęśliwsi. Widzą jak ich nieporadny noworodek szybko przeradza się w coraz bardziej aktywnego niemowlaka, a niemowlak - w rocznego tuptusia. Z tuptusia wyrasta komunikatywny i charakterny dwulatek, a z dwulatka - trzyletni kolega lub koleżanka - kandydaci do przedszkola. I tak patrzymy jak nasze "latorośle" przekształcają się w "drzewa" i wydają coraz więcej owoców. To jest wspaniałe, a najlepsze jest to, że my - rodzice mamy możliwość dojrzewać razem z nimi i wiele się od nich nauczyć.

Jednak mama i tata muszą być kimś więcej niż partnerami dzieci. Muszą być też ich starszymi przyjaciółmi, czyli pociechą i podporą, nawet kiedy sami czują się słabi. To zobowiązanie zmusza do wytrwałości i dojrzałości. Świadomość bycia wzorem dla naszych małych dzieci, motywuje do pracy nad sobą, a czasem też umożliwia odkrywanie nowych talentów. Przykładowo: jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko nauczyło się jazdy na nartach, a sami tego nie umiemy, mamy okazję do wspólnej nauki, która wymaga pracy nad sobą. Podejmując się tego wyzwania jesteśmy zmuszeni do przezwyciężenia własnych oporów i ograniczeń fizycznych. Taka postawa pozwala zrozumieć ewentualne odczucia dziecka uczącego się jeździć, a do tego... gwarantuje satysfakcję i dobrą zabawę.

Autor: Renata

Strona główna